Fredrik Palmquist przybył do Warszawy bezpośrednio z funkcji szefa szwedzkiego wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Jako attaché obrony mierzy się teraz z najszybszym dozbrajaniem w Europie, a szwedzkim firmom, które chcą wejść na polski rynek, przekazuje jasny komunikat: miejcie rozpoznawalną markę, bądźcie obecni na miejscu i potrafcie odpowiedzieć, kto będzie serwisował system za dwa lata.
Fredrik Palmquist ma za sobą długą karierę w marynarce wojennej, od dowódcy okrętu patrolowego klasy Kaparen, przez szefa czwartej flotylli walki na morzu, po budowę sztabu marynarki wojennej w Muskö (wschodnia Szwecja). Następnie został doradcą wojskowym w szwedzkim Ministerstwie Obrony, a od listopada 2022 roku kierował całością szwedzkiego wsparcia wojskowego dla Ukrainy, działalnością, która szybko urosła do poziomu około 40 miliardów koron szwedzkich rocznie. Od 1 sierpnia pełni funkcję attaché obrony przy ambasadzie Szwecji w Warszawie.
To stanowisko w samym centrum wydarzeń. Polska dozbraja się szybciej niż jakikolwiek inny kraj w Europie. Budżet obronny na 2026 rok jest rekordowy i wynosi około 4,8 procent PKB, a Palmquist spodziewa się, że poziom ten utrzyma się w okolicach 4,5 procent w 2027 roku i w kolejnych latach. Celem, jak mówi, jest niemal podwojenie sił zbrojnych do poziomu pół miliona żołnierzy, co Polska planuje osiągnąć w dłuższej perspektywie, a jednocześnie kraj chce dysponować najsilniejszą obroną w Europie już w 2030 roku.
– Polska jest bardzo ambitna, jeśli chodzi o dozbrajanie. To sprawia, że są tu pieniądze, a to z kolei przyciąga przemysł, w tym przemysł międzynarodowy. Taki jest łańcuch przyczynowo-skutkowy, stwierdza.
Attaché obrony opiera swoją pracę zasadniczo na czterech filarach: zbieraniu danych wywiadowczych, wsparciu ambasadora w kwestiach polityki bezpieczeństwa, wsparciu dwustronnych kontaktów obronnych oraz wsparciu szwedzkiego przemysłu obronnego. Punkt ciężkości zmienia się w zależności od placówki. W Moskwie byłoby to zbieranie danych wywiadowczych i raportowanie. W Warszawie nacisk kładziony jest na przemysł i kontakty dwustronne, wyjaśnia Palmquist.
– Nie zajmuję się tu zbieraniem danych wywiadowczych, jesteśmy przecież sojusznikami, a sojusznicy nie szpiegują się nawzajem, mówi.
Zamiast tego poświęca około czterdziestu procent czasu na przemysł obronny, tyle samo na dwustronne kontakty urzędowe, a resztę na wsparcie ambasadora. Część przemysłowa dotyczy dwóch kwestii: zrozumienia, jak Polska podejmuje decyzje, oraz łączenia właściwych podmiotów.
– Staram się uczyć, jak funkcjonuje Polska, budować sieć kontaktów i łączyć szwedzkie firmy z polskimi potrzebami, mówi.
Przemysł jest w dużej mierze skupiony w państwowym konglomeracie PGZ, Polskiej Grupie Zbrojeniowej, która obejmuje około pięćdziesięciu spółek. To jednak poza PGZ Palmquist dostrzega najciekawsze zjawiska.
– Poza PGZ istnieje dość bogata flora małych i średnich firm, które robią bardzo dużo i bardzo szybko, przede wszystkim w zakresie systemów uzbrojenia i czujników potrzebnych na Ukrainie. Są bardzo zwinne, mówi.
Co więc powinna zrobić szwedzka czy nordycka firma stojąca przed decyzją o wejściu na polski rynek? Tutaj Palmquist mówi wprost. Nie ma drogi na skróty, a sama doskonałość na papierze nie wystarczy. – Jeśli chcesz robić interesy w Polsce, musisz mieć tu rozpoznawalną nazwę. I musisz być obecny na miejscu, w taki czy inny sposób, osobiście albo przez przedstawiciela, mówi. Samo znalezienie odpowiedniego przedstawiciela to już osobna sztuka.
To, co jego zdaniem się sprawdza, to zaczynanie od małej skali i stopniowe testowanie, zamiast wchodzenia od razu z pełnym zaangażowaniem: jeden produkt, jedna kampania, jeden przedstawiciel, a następnie ocena krok po kroku. I nikt nie działa sam. W ambasadzie ściśle współpracują ze sobą trzy strony: on sam po stronie obronnej, dwaj przedstawiciele szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych po stronie cywilnej oraz Business Sweden, który zajmuje się badaniami rynku i oceną podmiotów.
Powracającym zadaniem jest tłumaczenie Polakom, czym jest Szwecja, w szczególności różnic w sposobie zarządzania obydwoma krajami.
– Powszechnym błędnym przekonaniem jest to, że Saab odgrywa w Szwecji taką samą rolę jak PGZ w Polsce i że wszystkie transakcje w obszarze obronności mają charakter polityczny, mówi.
W Szwecji to tak nie działa, i to jest coś, co często musi tłumaczyć. W Polsce sterowanie ministerialne jest czymś naturalnym. Minister może wskazać, od której spółki państwo ma dokonać zakupu. W Szwecji, z jej niezależnymi urzędami, jest to formalnie zakazane.
Być może najważniejsza obserwacja dotyczy nie samego produktu, lecz tego, co dzieje się po zakupie. Polska, jak podkreśla Palmquist, bardzo dba o to, by nie uzależniać się od długich łańcuchów dostaw, co jest lekcją wyciągniętą między innymi z dużych zakupów dokonanych w Korei Południowej.
– Chcą mieć zdolność samodzielnego zaopatrywania się. Jeśli więc chcesz tu przyjechać i sprzedawać, musisz umieć odpowiedzieć, jak sytuacja będzie wyglądać za dwa lata, kiedy system będzie wymagał przeglądu, mówi.
W praktyce oznacza to utworzenie lokalnego centrum logistycznego, serwisu, części zamiennych oraz wsparcia technicznego w kraju. Jego zdaniem stało się to samo w sobie przewagą konkurencyjną.
– Prawdziwym wyróżnikiem stała się możliwość powiedzenia: utworzymy tu centrum logistyczne, które zajmie się waszymi potrzebami, mówi.
Jednocześnie kraje coraz ściślej łączą się ze sobą w obszarze sprzętu wojskowego, co z kolei tworzy więcej naturalnych punktów wejścia. Szwecja pozyskuje polski, przenoszony przez żołnierza, krótkiego zasięgu system obrony przeciwlotniczej Piorun, który w szwedzkiej służbie nosi oznaczenie RBS 102. Tego lata kraje zawarły umowę, na mocy której Polska kupuje trzy szwedzkie okręty podwodne typu A26, a w międzyczasie Polska dzierżawi okręt HMS Södermanland jako rozwiązanie przejściowe, przy czym polska załoga przechodzi szkolenie w Karlskronie (południowa Szwecja). Saab buduje dwa okręty rozpoznania radioelektronicznego dla polskiej marynarki wojennej, a Palmquist wskazuje na wyraźne polskie zainteresowanie zdolnościami powietrznego rozpoznania radarowego, gdzie jednym z rozważanych rozwiązań jest szwedzki system GlobalEye firmy Saab. Projekty fregat realizowane są równolegle w obu krajach, choć dotyczą innych jednostek. Podstawą tej współpracy, jak mówi, jest pogłębione partnerstwo zawarte przez premierów obu krajów w 2024 roku oraz Pakt Morza Bałtyckiego (Baltic Sea Pact), na który kraje zgodziły się w 2026 roku. Sama bliskość geograficzna przemawia za dalszą współpracą, zwłaszcza na morzu.
– Biorąc pod uwagę, jak blisko polskiego wybrzeża leży Karlskrona, będziemy się od siebie uczyć, a współpraca operacyjna będzie się pogłębiać. Jestem tego dość mocno przekonany, mówi.
To, jak będzie rozwijać się jego rola, zależy od dwóch czynników. Po pierwsze, od sieci kontaktów: gdy ta zostanie już zbudowana, będzie mógł działać bardziej bezpośrednio, zamiast szukać drogi po omacku. Po drugie, od sytuacji na świecie.
– To sytuacja bezpieczeństwa wyznacza moją przyszłość, mówi. Jeśli znacząco się pogorszy, punkt ciężkości może szybko przesunąć się z pomagania firmom we wchodzeniu na polski rynek na stronę operacyjną, obejmującą szwedzkie jednostki i kontakty polityczne.
Na razie zadanie jest jasne, a zapotrzebowanie na jego czas raczej nie zmaleje.
– Moim zadaniem jest pomaganie szwedzkiemu przemysłowi. Jeśli pojawi się coś dotyczącego współpracy nordyckiej, zachęcam, by się odezwać, mówi, dodając ze śmiechem, że chyba grozi mu, że telefon nie przestanie dzwonić.

